 Czeladzianin Robert Janiec zdobył Aconcagua- najwyższy szczyt Ameryki Płd. To już kolejny, trzeci szczyt z tzw. korony ziemi, którą Robert ma w planach zdobyć. O przygotowaniach do wyprawy rozmawialiśmy z Robertem zaledwie półtora miesiąca temu. Dziś przedstawiamy Państwu pełną emocji relację z ataku na andyjski szczyt.
Dla portalu Moja Czeladź mówi Robert Janiec:
"Wejście na Aconcagua udało się 10 lutego 2011. 9 luty to dzień poprzedzający wejście po pierwszym nieudanym z dnia 6 lutego, na które zdecydowaliśmy się w trzy osoby: ja, Adam i Renata. Z naszej trójki w tym dniu tylko Adam dotarł na sam dach Ameryki Płd i potwierdził to fotkami. To wejście rozplanowaliśmy źle logistycznie i mało brakło a na zejściu mogliśmy stracić życie. Tym razem postanowiłem zaatakować i wejść na szczyt Aconcagua jeszcze raz. Sam.

Obóz Plaza de Mulas
Po źle przespanej nocy w bazie Nido de Condores na wys. 5380 m postanowiłem podejść i założyć obóz na wysokości 5780 m (ok. 3h) drogi w górę, w miejscu nazywanym Berlin i tam przespać następną noc, a nad ranem wyjść w drogę na szczyt. W bazie Nido naprzeciwko namiotu, w którym nocowałem stał namiot wcześniej poznanych kolegów: Marcina i Daniela, do których dołączył czwarty uczestnik naszej wyprawy: Robson, który 6 lutego nie podjął próby wejścia na szczyt. 9 lutego wspólnie postanowiliśmy z Marcinem, Danielem i Robsonem podejść do Berlina i tam założyć obóz by rano 10 lutego podchodzić na szczyt.
Nido de Condores - przed wyjściem. Gdy rano obudziły mnie odgłosy rozmów grupy Serbów otworzyłem namiot i zobaczyłem jak grupa ludzi maszeruje już do góry jak karawana na pustyni. Chłopaki z naprzeciwka gotowali już wodę i jedli śniadanie (mieli suchą kiełbasę). Ponieważ ślina mi ciekła postanowiłem też coś zjeść. Argentyńska zupa z Knorra z makaronem była ohydna ale pożywna, więc zjadłem całą, parę batonów, wypiłem ciepłą herbatę i zacząłem się pakować. Wyszedłem z namiotu, rozprostowałem kości i zapytałem Robsona jaka będzie pogoda na 10 lutego. Robson miał już wszystko "obcykane" i odpowiedział mi że 9/10 luty będzie najlepsza pogoda, potem będzie tylko gorzej i będzie trudno wejść na szczyt. Po krótkim zastanowieniu odpowiedziałem, że jeżeli ma być tak pięknie to ja atakuje 10 lutego ok.5-6 rano z Berlina. Po spakowaniu się i dłuższym zastanowieniu podjąłem decyzję, że nie będę zabierał namiotu do obozu na Berlinie aby nie dźwigać i nie tracić sił, które później miały mi być potrzebne do ataku. Wiedziałem, że w Berlinie są dwa schrony, w których mogę się przespać i to przesądziło o mojej decyzji. Chłopaki brali ze sobą namiot i niczym nie ryzykując mieli tym sposobem zapewniony nocleg. Ja postanowiłem zostawić w namiocie najmniej przydatne rzeczy i zabrałem tylko te niezbędne . Wyszedłem przed namiot, obłożyłem dodatkowo kamieniami w obawie nadejścia złej pogody. Usłyszałem znajomy głos. Był to Artur, który leciał ze mną samolotem. Ucieszyłem się, że go zobaczyłem. On zresztą też, cieszyliśmy się, że w tym samym dniu idziemy do góry. Po krótkiej rozmowie Artur powiedział, że powoli rusza bo ma ciężki plecak a ja swoim tempem na pewno go dogonię i ruszył w górę dodając, że rozbije się i założy obóz przy skałach Culera. Cała trójka kolegów zaczęła się zbierać i powoli stepować z nóżki na nóżkę, a ja po paru minutach ruszyłem za nimi. Słoneczko świeciło ale mróz ziębił twarze osłonięte kominiarkami.

Obóz Nido de Condores
Berlin - 5780m. Doszliśmy. Widzimy dwa schrony drewniane, z których jeden miał być dla mnie. Dochodzę do schronu a z niego wysuwa się głowa i w Serbskim języku człowiek tłumaczy mi, że ten schron jest zajęty i nie ma miejsca w nim dla mnie. Byłem załamany. Robson i Daniel powiedzieli że idą do skał Culera i tam założą obóz bo w Berlinie nie ma miejsca na rozbicie namiotu. Po krótkim zastanowieniu zdecydowałem zająć drugi schron. Wewnątrz był śnieg, który musiałem usunąć. To był jedyny sposób pozostania na noc aby nie wracać do Nido. Wybrałem ten wariant, wykułem w śniegu tunel w środku schronu o dł. 2m tak, żeby karimata się zmieściła. Zajęło mi to dwie i pół godziny. Sukces. Udało mi się, karimata weszła, śpiwór też, uszczelniłem wszystko od środka, zjadłem porządną kolację (piure ziemniaczane z boczkiem i cebulą). To był zastrzyk energii, byłem w siódmym niebie, a po chwili zasnąłem.

Obóz Berlin
ATAK NA ACONCAGUE 10 LUTY. Obudził mnie alarm w zegarku o godz 5:00. Słyszałem ekipy, które zaczęły wchodzić już do góry Polaków, Serbów i Rosjan. Gramoliłem się, nie chciałem wychodzić ze schronu, byłem negatywnie nastawiony do wyjścia na szczyt, trochę podłamany psychicznie. Było ciemno, zebrałem ostatnie siły, zjadłem posiłek i o godz 6:00 wyszedłem do góry. Po kilku minutach założyłem raki i zacząłem marsz, coś złego we mnie wstąpiło, wszystko było na nie, zimno, ciemno, psycha mi siadała, chciałem się poddać, szedłem do góry i modliłem się, prosiłem Boga, żeby mnie nie zostawiał teraz w tych ciężkich chwilach dla mnie. Zaczynało się rozwidniać, słoneczko wychodziło powoli i zaczynało mi dodawać otuchy i sił.Mówiłem sobie, że pan Bóg mnie chyba wysłuchał, czułem się coraz lepiej. Powoli maszerowałem coraz wyżej i wyżej. Udało mi się dogonić parę Serbów przy tzw. Independencji i tam odpoczywałem. W dalszej drodze dogoniłem Polaków, którzy zrezygnowali przy skalnej bramie. Idąc dalej powoli dochodziłem do następnej dwójki. To byli także Serbowie. Szedłem tuż za nimi, krok po kroku. Nagle jeden upadł i zaczął zjeżdżać w dół ,trawers którym szedłem był w śniegu, puchu który napadał w nocy i nawet w rakach było bardzo trudno iść. Złapałem go za plecak i przy pomocy jego towarzyszki wyciągaliśmy go do góry w bezpieczne miejsce ale kosztowało mnie to dużo wysiłku. Musiałem odpocząć i po paru minutach poszedłem dalej do góry. Para udała się w drogę powrotną przy pomocy innych Serbów, którzy schodzili już w dół. Doszedłem do Canaletty, napiłem się letniej herbaty, zjadłem batony i żele energetyczne, schowałem aparat i telefon do kieszeni przylegającej do ciała. Już wtedy wiedziałem i czułem że wejdę na szczyt.
Canaletta. Tu zostawiłem plecak i ruszyłem do przodu, pogoda z minuty na minutę była coraz gorsza i zrobiło się bardzo zimno, zaczął padać śnieg, wiatr był coraz większy. Były momenty, w których podmuch wiatru popychał mnie w lewo i prawo. Bałem się i szedłem do góry i jeszcze raz prosiłem Boga, by dał mi jeszcze trochę czasu i wytchnienia. Od szczytu dzieliło mnie kilkadziesiąt metrów, robiłem krok po kroku, wymawiałam głośno imiona swojej kochanej rodziny: żony Ilonki, syna Mateusza i córki Oliwki. Miałem łzy w oczach ale te słowa dawały mi siły na następne parę metrów. Robiło się coraz później ale ja parłem do góry, wolno i ociężale ale wiedziałem, że nie mogę się już poddać. Idąc dalej zobaczyłem skały i tam droga się kończyła. Wiedziałem, że zostało mi tylko wspiąć się do góry te kilkanaście kroków i będę mógł się cieszyć ze zdobycia Aconcaguy. Gdy wszedłem na szczyt popłakałem się ze szczęścia.

Na szczycie
Szczyt. Radość była ogromna. Nareszcie zobaczyłem dach Ameryki Płd, na którym widniały dwa krzyże. Zrobiłem parę zdjęć i udało mi się zrobić krótki filmik ze szczytu. Byłem tam zaledwie ok. 5 min i zaraz musiałem schodzić w dół. CZAS WEJŚCIA 17:30. Wejście zajęło mi 11,5 godziny.
Zejście. Wiedziałem że będzie zimno. Schodziłem jako ostatni ze szczytu, nikt za mną już nie wchodził i obawiałem się, że po zmroku będę mógł zabłądzić i nie będę mógł liczyć na niczyją pomoc. Miałem czołówkę ale wiedziałem, że przy złej pogodzie, śnieżycy jest ona bezużyteczna. Udało mi się zejść bezpiecznie do Canaletty, zabrałem plecak i ruszyłem na trawers. Na trawersie śnieg sięgał w niektórych miejscach do kolan, traciłem coraz więcej sił i zaczęło robić się coraz ciemniej. Obawiałem się, że nie dam rady zejść do Berlina, do schronu w którym miałem śpiwór i karimatę. Miałem chyba dobrego anioła stróża, bo w pewnej chwili noc zaczęła się robić dniem, a niebo zrobiło się czyste jak ocean i było rozświetlone gwiazdami i księżycem. Po pewnym czasie ujrzałem dwie postacie, a gdy doszedłem do nich usłyszałem polski język. Cieszyłem się, bo byli to Polacy, mijałem ich w drodze na szczyt, oni tak samo szli do Berlina. Byłem szczęśliwy, że będę mógł zejść razem z nimi. Byli wyposażeni w krótkofalówkę, co było bardzo pomocne w drodze w dół. Szybko zostaliśmy naprowadzeni na główny szlak i szczęśliwie doszliśmy do bazy Berlin. Gdy rano obudziłem się, zebrałem swoje rzeczy i poszedłem do Nido de Condores i tam był namiot z resztą moich rzeczy. Po jednodniowym odpoczynku 12 lutego zszedłem do bazy Plaza de Mulas. Tam zamówiłem muła który zabrał cały sprzęt w dół doliną Horkones a ja ruszyłem 13 lutego do Puente del inca by stamtąd udać się do Mendozy na lotnisko i do Polski do domu. Na lotnisku dowiedziałem się od Robsona, że Daniel i Marcin oraz i on sam, zdobyli szczyt 12 lutego."
Robertowi gratulujemy sukcesu i czekamy na następną wyprawę.
MB
|